Zamów bezpłatny NEWSLETTER!
Bądź na bieżąco!
Wypełnij formularz! Kliknij tutaj!
Porady
Praca za granicą
Irlandia - moimi oczami
O pracy w Irlandii opowiada Kazimierz Sekulski glazurnik z Bydgoszczy. Pracując w Dublinie w latach 2005-2008 w firmie budującej domy od fundamentów pod klucz, początkowo jako jedyny Polak, robiłem właściwie wszystko, bo taka była często potrzeba. Specjalizowałem się jednak w wykończeniówce. Na budowach tej firmy rzucała się w oczy wzorowa organizacja pracy, terminowe dostawy materiałów, terminowe wchodzenie kolejnych podwykonawców – dosłownie jak po sznurku. Zwracało też uwagę tradycyjne budownictwo szeregowe. Kolejne, takie same domy budują ci sami fachowcy prawie na pamięć, przez co tempo jest
niesamowite. U nas takie budownictwo okrzyknięto by „komunistycznym”, tam to nikomu nie przeszkadzało w przeszłości i nadal nie przeszkadza. Liczy się tylko ekonomia tzn. zmniejszenie kosztów i tempo budowy. Gdy przyszło do układania glazury, trochę mnie nudziło flizowanie tych samych łazienek. Doszło jednak do tego, że łazienkę (ok. 30 m2) wyłożyłem w ciągu jednego dnia, pomimo iż mój boss – Irlandczyk – był bardzo skrupulatny i nie przepuszczał nawet milimetrowego„uskoku” fugi na styku ścian. Ukończył dublińską szkołę budowlaną ze pecjalnością glazurnictwa i naprawdę znał się na robocie. Osobną sprawą była bardzo dobra jakość materiałów budowlanych – klejów, płytek, mas fugowych, a także narzędzi.Kleje w większości miały kolor biały, przez co nie przebarwiały spoin kleiły wspaniale zarówno płytki jak i marmur, którym były wykładane wszystkie pomieszczenia kuchenne. Jeśli chodzi o marmur to chyba polubiłem ten wdzięczny materiał budowlany ze względu na jego niepowtarzalne wzory, z których zawsze można było wyczarować jakąś kompozycję wprawiając miejscowych w podziw.W chwilach pewnego luzu podglądałem różnych podwykonawców pracujących po sąsiedzku. Z niekłamanym podziwem obserwowałem szpachlarzy, którzy sprawnie poruszając się na szczudłach wykańczali sufity i ściany. Używali masy w kolorze naszego gipsu szpachlowego, ale o znacznie wydłużonym czasie wiązania,przez co można było wykonywać gładzie „na mokro”. Po dwukrotnym nałożeniu tej masy szedł w ruch pędzel z wodą lub spryskiwacz, no i stalowa paca. Pod pacą tworzyło się coś w rodzaju „mleczka”, którym można było zrobić ze ściany dosłownie lustro – odpadało szlifowanie – przekleństwo naszych szpachlarzy, odpadało oddychanie w atmosferze wszędobylskiego pyłu. Najlepsi szpachlarze wykonywali do 50 m2 gładzi dziennie na gotowo!
Spróbujcie zrobić tyle u nas! No, ale u nas nie spotkałem materiału o podobnych parametrach, chociaż ostatnio, jak wyczytałem, „nowa formuła” daje pewna nadzieję. Przyznam szczerze, iż nie miałem jeszcze okazji, by ją wypróbować. Nie wszystko tam mi się podobało.Trochę mnie raziło stosowanie zwykłych plastikowych listew narożnych do drogich hiszpańskich płytek – pasowały, jak wół do karety. Miałem też zastrzeżenia do sposobu osadzania okien i drzwi – prawie nie stosowano pianki montażowej, przez co mieszkania były nieco wiatrem podszyte. No, ale w ich klimacie może nie zależy im na oszczędzaniu ciepła. Spostrzeżenia bardziej prywatne były zróżnicowane. Z dezaprobatą przyglądałem się Polakom, którzy przybywali do Irlandii w ciemno i w dodatku bez znajomości języka, a także bez odpowiedniego zapasu euro, przynajmniej na początkowy okres. Takie nierozważne kroki często kończyły się nieciekawie, noclegami w obskurnych hostelach lub, co gorsza, w parkach, korzystaniem z darmowego dożywiania (jeżeli się wiedziało, gdzie takie otrzymać). Pomogłem kilku takim otrzymać pracę, ale wszystkim pomóc nie mogłem. Ja do Irlandii nie wyjechałem w ciemno. Wyjechałem ze swoją dziewczyną, której brat, będąc już w Irlandii załatwił nam pracę. Mieliśmy dobre podstawy językowe oraz odpowiednie kwalifikacje dobrze wyeksponowane w CV. Do pracy szliśmy już następnego dnia po przyjeździe, ja na budowę, a ona do prywatnego irlandzkiego przedszkola.Z czasem zdobyliśmy zaufanie oraz wielu irlandzkich przyjaciół, z którymi utrzymujemy kontakty, a nawet się odwiedzamy. W Dublinie czuliśmy się jak w Polsce, wszędzie dało się słyszeć język polski, polskie sklepy, polski pub, polska gazeta, polski kościół, nawet polska piekarnia (pieczywo mają tam beznadziejne). To wszystko dodawało otuchy. Czychały jednakże niebezpieczeństwa, głównie ze strony rozwydrzonej młodzieży. Nie daj Boże chodzić przez park zwłaszcza późna porą. Zdarzało się, że napadali człowieka z kijami baseballowymi i bili gdzie popadło, nagrywając przy tym wszystko na komórkę. Wielu rodaków mocno ucierpiało z tego powodu. Dwóch Polaków zadźgano śrubokrętami, bo nie chcieli małolatom
kupić wódki, paru innych zginęło w innych okolicznościach. Jeden z Polaków także zabił Irlandczyka jednym ciosem, nie zdając sobie sprawy ze swojej siły. O wszystkim donosiła „Gazeta Polska” – tygodnik redagowany w Dublinie. Ale czy nasza młodzież jest inna? Oglądając telewizję mam wątpliwości.Z Irlandii mamy dobre wspomnienia.Tam wzięliśmy ślub (w polskiej ambasadzie), tam też urodził się nam syn Dominik. Ciągnęło nas jednak do kraju i do rodziny, zwłaszcza, że pojawiły się symptomy kryzysu. Firma, w której pracowałem, zbankrutowała. Wybudowała zbyt wiele domów, które coraz trudniej było sprzedać. Straciłem pracę, i wróciliśmy. Zarobione pieniądze wystarczyły na działkę i dom w stanie surowym. Na wykończenie musieliśmy się dokredytować. Założyłem własna firmę budowlaną, ale początki zwykle bywają trudne. Mamy jednak nadzieję na lepsze jutro.
Tekst i Zdjęcia: Kazimierz Sekulski "Domino”, Glazurnik





